|
W dwa ognie: Menu na cztery pory roku
„Świat Biznesu” rozmawia z
Dariuszem Kunikowskim, szczecińskim restauratorem, współwłaścicielem
firmy gastronomicznej, który razem z ojcem, Zenonem, prowadzi
restaurację „Zamkową” w Szczecinie - Jak się kręci biznes, gdy
wszyscy w koło mówią o kryzysie gospodarczym?
- Radzimy sobie, ale nie ukrywam, że
sytuacja na rynku jest trudna. Restauracja ”Zamkowa” jest tak
dużym lokalem, że goszcząc w niej wyłącznie klientów
indywidualnych , trudno byłoby wyjść na swoje. Wspieramy się więc
klientem instytucjonalnym. Z roku na rok jednak instytucje i firmy
ograniczają fundusze na organizację imprez firmowych i
korporacyjnych i to odczuwamy. Na szczęście wzrosła liczba
spotkań firmowych oraz eventów związanych z wykorzystaniem
środków unijnych.
-Ale pojawiają się też zlecenia
innego typu.
Ciekawym trendem jest za to rosnąca
liczba imprez, które organizują osoby prywatne korzystając z
naszych usług cateringowych. Zlecają nam organizację urodzin,
imienin, a nawet spotkania przyjaciół na grillu. Spotkania te
odbywają się we własnych domach i ogródkach. Naszym zadaniem jest
zaoferowanie smacznych dań i profesjonalnej obsługi kelnerskiej.
Jako nieliczna firma na rynku jesteśmy
w stanie zorganizować z dnia na dzień imprezę nawet dla stu osób.
Mamy fachowy personel i odpowiedni sprzęt, by sprostać takim
zamówieniom. Dzięki temu zyskujemy wielu nowych klientów.
- Co podajecie na takich rautach?
Kiedyś modne były prosiaki pieczone w całości. A co dziś jest
waszą specjalnością?
- Na przyjęciach , w naszym menu
staramy się mieć dania regionalne. Promujemy w ten sposób przy
okazji Pomorze Zachodnie. W naszych potrawach wyczujecie państwo
nutę lasu i wód. Dbamy również o to, by dania zmieniały się
wraz z porą roku. Gdy przychodzi sezon na borówki i jagody, owoce
te trafiają na talerze naszych gości. Podobnie jest z grzybami.
Zachodniopomorskie słynie z dużej
liczby odstrzałów zwierzyny leśnej. Dlatego dziczyzna jest u nas
bardziej dostępna i tańsza niż w innych regionach kraju. Cena
mięsa z dzika jest porównywalna z kosztem zakupu wieprzowiny.
Dziczyzna jest bardzo chętnie spożywana przez Skandynawów. Jeśli
dziczyznę w sezonie grzybowym połączymy ze świeżymi grzybami,
to mamy do czynienia z prawdziwą ucztą dla podniebienia.
Szczególnie polecam gulasz z dzika i pieczeń z sarniny z grzybami.
- A czy równie łatwo jest zamówić
u was smaczną rybę?
- Utrzymujemy kontakty z rybakami z
Nowego Warpna oraz tymi, którzy łowią na Jeziorze Dąbskim.
Kupujemy od nich świeże ryby . Polecam dania z sandacza, lina czy
pstrągów. A zimą, oczywiście oferujemy dania z karpia. Mamy
zaprzyjaźnioną firmę, która pod Gryfinem hoduje karpie w akwenie
otwartym. Taka ryba smakuje o wiele lepiej niż te gatunki,
sprowadzane np. z Czech, a następnie sprzedawane w supermarketach.
Karp jest wprost wymarzoną rybą na święta Bożego Narodzenia.
Nie zapominamy również o daniach
kultowych. W naszej karcie można więc znaleźć szczeciński
paprykarz, który przygotowujemy według własnej receptury.
- A jak ocenia pan konkurencję na
lokalnym rynku?
- Konkurencja i jest, i jej nie ma.
Jest wiele lokali, ale są one podobnie sformatowane, nastawione na
pozyskiwanie klientów indywidualnych. Lokale te bardziej
przypominają puby niż restauracje. Wyspecjalizowaliśmy się w
innym, trudniejszym segmencie cateringowym. Wymaga to od nas dużych
umiejętności m.in. logistycznych. Własnym sumptem możemy
zorganizować imprezę na pół tysiąca ludzi we wskazanym przez
klienta miejscu, zapewniając przy tym również stoły i krzesła.
Powyżej tej liczby, posiłkujemy się wypożyczalniami.
- Wspomniał pan, że dzięki
projektom unijnym pozyskujecie nowych klientów.
- Nie tylko świadczymy usługi
cateringowe dla beneficjentów środków unijnych, ale również sami
uczestniczymy w projekcie unijnym pn. Nowa perspektywa. Dotyczy on
kształcenia kelnerów i kucharzy. W jego efekcie 120 osób zdobędzie
nowe kwalifikacje.
Jeśli zaś mówimy o małym cateringu,
jak np. serwis kawowy, a pozycje takie pojawiają się we wszystkich
projektach unijnych, to obserwujemy nowe zjawisko. Do przetargów
stają firmy chałupnicze, które zdobywają klientów wyłącznie
niską ceną. Jest to wina procedur ofertowych i przetargowych w
których jedynym kryterium jest kryterium ceny. Działa to często w
ten sposób, iż produkty przygotowuje się w kuchniach domowych, np.
ciasta, a całość jedzie do klienta w bagażniku osobowego
samochodu. Nie będę komentował poziomu takich usług.
- W ostatnich latach z kraju
wyjechało wielu młodych ludzi, którzy często podejmują pracę w
gastronomii na Zachodzie Europy. Czy mato wpływ na to, że brakuje
wam rąk do pracy?
- Na rynku brakuje fachowców, zarówno
kucharzy, jak i kelnerów. Ale to nie tylko dlatego, że wszyscy
wyjechali na Zachód. Obserwuję bowiem tendencję, że większość
moich byłych pracowników, którzy zdecydowali się na taki ruch,
prędzej czy później do mnie wracają. I to bogatsi o nowe, cenne
doświadczenia.
- Niewiele jest w Szczecinie
restauracji, w których obsługa jest miła i fachowa. Kelnerzy z
reguły mają muchy w nosie. Jak pan to robi, że w Zamkowej personel
jest zawsze życzliwy dla klienta?
- Każdy mój pracownik ma umowę o
pracę i stałą pensję, a to dziś nie jest bez znaczenia.
Szkolimy też naszych kelnerów, zaś menedżerowie są
odpowiedzialni za to, by pracownicy byli kompetentni. Zdajemy sobie
sprawę, że pierwszym kontaktem klienta z firmą jest kelner. To on
jest wizytówka restauracji. Dlatego też nowicjusze, zanim poczują
atmosferę firmy i podejdą do klientów, uczą się i obserwują
swoich starszych kolegów.
- Firma, którą pan kieruje, jest
biznesem rodzinnym. Razem z ojcem, Zenonem, budujecie markę Zamkowej
i pracujecie na jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk w branży.
- Współpraca rodzinna układa się
dobrze. Trzymamy się swoich ustaleń i każdy z nas ma swój zakres
obowiązków. W Szczecinie nie ma zbyt wielu gastronomików, którzy
mają tak długi staż w branży.
W tej chwili naszym brandem jest nasze
nazwisko. Rozpoczynając biznes w 1993 r. zachowaliśmy szyld
Zamkowej, choć dziś uważam, że był to nasz błąd marketingowy.
Przez szereg lat Zamkowa była cenioną i lubianą przez szczecinian
kawiarnią i cukiernią. Niestety w okresie przejściowym, osoba,
która prowadziła w tym miejscu działalność przed nami, bardzo
popsuła markę. I trzeba było nad nią pracować od nowa.
- A jak przez lata zmienił się
klient?
- Jesteśmy, jako społeczeństwo,
coraz lepiej wyedukowani kulinarnie. Wystarczy spojrzeć przez
pryzmat napojów jakie zamawialiśmy kiedyś i jakie dziś pijamy.
Kiedyś piłka była prosta i na stole stawiana była wódka. Później
doszło jeszcze piwo. Aktualnie wódki prawie się nie sprzedaje.
Problemy ze zbytem mają też browary. Nastała moda na wina. Coraz
więcej osób wie jakie wina są dobre i do czego się je pije.
Większość Polaków podróżuje i poznaje kuchnie europejskie,
azjatyckie, a nawet afrykańskie. Nasze gusta się zmieniają. Przez
to w karcie nie wystarczy mieć dziś kotleta schabowego z zasmażaną
kapustą lub golonkę z chrzanem
- Jak powstają nowe dania u
Kunikowskich?
- Dzieje to się tak. Wsadzam kij w
mrowisko, rzucając kucharzom ogólny pomysł. Oczekuję od nich, by
przygotowali kilka propozycji smakowych takiego dania.
- A później siada pan jak Magda
Gessler i punktuje?
- Pani Gessler w swoim programie
zachowuje się jak showman, co podkręca atmosferę i bawi widzów.
Oczywiście nie zachowuję się jak ona. Kiedy kucharze przygotują
swoje propozycje, wszyscy je degustujemy. Prosimy również o opinię
klientów, serwując im od firmy startery, czyli miniporcje nowych
dań.
- Przed nami Boże Narodzenie i
Sylwester. Co pana firma poleca na ten okres?
- Firmy coraz częściej organizują w
swoich siedzibach spotkania opłatkowe. To dobry okres, by
zintegrować pracowników i okazać miły gest ze strony szefostwa.
Potrafimy smacznie i sympatycznie zorganizować takie przyjęcie.
Jak co roku organizujemy również
Sylwestra w „Zamkowej”. Imprezę tę traktujemy marketingowo.
Nasz Sylwester jest zawsze robiony na najwyższym poziomie i w
trakcie tego wieczoru mamy okazje zaprezentować potencjał firmy.
- Dziękujemy za rozmowę.
W dwa ognie zagrali Magdalena
Szczepkowska i Włodzimierz Abkowicz
Fot. Michał Abkowicz
|