|
W dwa ognie: Śniadanie z jagiellonką
Świat Biznesu rozmawia z Romanem
Kopińskim, współwłaścicielem i wieloletnim prezesem firmy Asprod
Jakie pieczywo zjadł pan dzisiaj na
śniadanie?
- Oczywiście bardzo dobre, czyli
pieczywo z Asprodu. Codziennie na śniadanie jadam wyjątkowo
aromatyczną bułkę jagiellonkę. Jestem też zwolennikiem chlebów
ciemnych z ziarnem. Aktualnie w naszej ofercie jest chleb sportowców,
który polecam ze względu na dużą zawartość błonnika, co pomaga
w trawieniu.
Sięgnijmy od pana związków z
piekarnictwem. Czy wynikały one z tradycji rodzinnych?
- Nie, to był czysty przypadek. Choć
mój pradziad w zamierzchłych czasach posiadał młyn niedaleko
Koła. Pomysł zrodził się na początku lat 90. i wynikał z buntu
przeciwko słabej jakości produktów, które wówczas mieliśmy na
rynku.
Asprod założyłem z dwoma
wspólnikami, którzy wcześniej prowadzili firmę zajmującą się
przygotowaniem rur do gazu. Ja z kolei jestem z zawodu geodetą. Nic
nas więc nie łączyło z pieczeniem chleba. Zaczęliśmy szukać
swojego miejsca na rynku. Najbardziej spodobał się nam pomysł
produkcji pieczywa. Kupiliśmy więc kompletną linię produkcyjną
wypieku wraz z technologią od kontrahenta z Francji. Wybraliśmy
lokalizację firmy w Kliniskach Wielkich, które leżą blisko
Szczecina, gdyż właśnie w tym mieście upatrywaliśmy nasz rynek w
Szczecinie. Od geesu wydzierżawiliśmy budynek sklepu o powierzchni
300 m kw. I tam właśnie rozpoczęliśmy pierwszą produkcję. W ten
sposób w grudniu 1991 r. w szczecińskich sklepach pojawiło się
pieczywo naszej produkcji. A jaką firmą jest dziś Asprod?
- Asprod w okresie ponad 18 lat bardzo
się rozwinął: od małej piekarni do zakładu
piekarniczo-cukierniczego o powierzchni kilku tysięcy metrów kw.
Posiadamy nowoczesną piekarnię i cukiernię oddaną dwa lata temu.
Asprod spełnia dziś wymagania europejskie. Posiada certyfikat HACCP
nadany przez niemiecką firmę Dekra, a to dlatego, że nasze wyroby
sprzedajemy też na rynek niemiecki.
Asprod posiada dziś sieć 50 sklepów
zatrudnia blisko 400 osób. Podstawowym naszym rynkiem jest Szczecin,
ale nasze produkty trafiają też do mieszkańców województwa
zachodniopomorskiego, a także lubuskiego i wielkopolskiego.
Jak pan szacuje, do ilu domów w
Szczecinie na co dzień trafiacie?
- Myślę, że co piąte szczecińskie
gospodarstwo domowe zaopatruje się w nasze produkty.
Proszę się przyznać, czy potrafi
pan wypiec bochen chleba?
- Znam się na prowadzeniu biznesu.
Jeśli chodzi o produkcję, to mamy w firmie zespół znakomitych
technologów. Oni odpowiadają za produkcję od początku do końca.
Czy rynek pieczywa podlega modom?
- Jak najbardziej. Aktualnie
obserwujemy większe, niż jeszcze kilka lat temu, zainteresowanie
pieczywem ciemnym oraz pieczywem z dodatkiem różnych ziaren. Na
początku lat 90. popularne były rogale francuskie - croissanty i
pszenne bagietki, czyli to wszystko, co kojarzyło się nam z wolnym
Zachodem. Teraz wraca do łask żywność tradycyjna. Ludzie oczekują
produktów wytwarzanych w tradycyjny sposób na zakwasach.
Modny jest też chyba chleb
litewski?
- Produkujemy chleb litewski, ale
trochę spolszczony, zrobiony pod gusty naszych klientów.
A jakie nowości przewiduje Asprod w
roku 2010?
- Na pewno otworzymy kolejne sklepy w
Szczecinie, ale także w innych miejscowościach. Jeśli zaś chodzi
o produkty, to cały czas trwa nieustanna walka starego z nowym. Nowe
produkty wypierają stare. Pod tym względem piekarnictwo niewiele
różni się od innych branż.
W najbliższym czasie pojawi się też
nowa linia wyrobów ciastkarskich. Nic więcej jednak na razie nie
mogę powiedzieć.
Konkurencja nie śpi...
- Oczywiście, choć przyznam, że
mamy bardzo przyjazne stosunki z naszymi kolegami, którzy zajmują
się pieczeniem. Uważamy, że model niemiecki, czyli współpracy
pomiędzy producentami tej samej branży, jest dobrym wzorem. Polega
on na tym, że o wszystkim rozmawia się ze wszystkimi, ale każdy
piecze według własnej technologii. W biznesie nie zawsze są dni, które
można przyrównać do smaku chrupiących bułeczek, zdarzały się
pewnie i w Asprodzie dni czerstwe.
- Zgadza się, firma przeżywała
kilka trudnych momentów. Na początku działalności wzięliśmy
kredyt na 400 tys. marek. Kiedy byliśmy w połowie okresu spłaty
kredytu, pamiętam, że rząd Hanny Suchockiej z dnia na dzień
uwolnił kurs dolara i marki. Zadłużenie wyliczone w złotówkach
skoczyło do niebotycznej wysokości, równej wartości początkowej
kredytu. Był to dla nas bardzo trudny okres. Mieliśmy dwa
rozwiązania: poddać się, albo zrobić ucieczkę do przodu i zdobyć
nowe środki na dalszą działalność. Wybraliśmy wariant drugi.
Złożyliśmy wniosek o pożyczkę do Europejskiego Funduszu Rozwoju
Wsi. Spotkaliśmy się z dużą życzliwością pożyczkodawcy i
dzięki wsparciu ówczesnego szefa funduszu Artura Balazsa,
otrzymaliśmy potrzebne środki. To była decydująca chwila w
rozwoju firmy, która pozwoliła na dalszą rozbudowę i spłatę
zobowiązań.
Działa pan w branży, która –
chyba – nie boi się kryzysu, gdyż chleb jest towarem pierwszej
potrzeby.
- Jesteście państwo w błędzie,
właśnie teraz, w dobie kryzysu, wiele zakładów piekarniczych
upada. Nie dotyczy to małych rodzinnych piekarni. Na kłopoty
najbardziej narażone są firmy średniej wielkości, które nie
sprzedają produktów tylko we własnym sklepie, ale muszą walczyć
o rynek zewnętrzny. Konkurencja cenowa zabija te firmy.
Do tego dochodzi jeszcze lobby
anorektyczek, które eliminuje pieczywo ze swojej diety.
- To nie jest prawda, że ludzie tyją
od pieczywa. W latach 80. we Francji była bardzo zwiększona
zachorowalność na choroby układu pokarmowego. Rząd francuski
zlecił badania i okazało się, że ma to swoje związki ze spadkiem
spożycia pieczywa. Rząd wspólnie z organizacją piekarzy
sfinansował więc akcję informacyjną na temat wartości odżywczych
pieczywa i jego wpływu na układ pokarmowy. Dziś spożycie pieczywa
we Francji jest na dużo wyższym poziomie niż w Polsce, zaś liczba
osób z chorobami układu pokarmowego spadła.
Ale nie samym chlebem człowiek
żyje. Porozmawiajmy o igrzyskach. Czy ma pan jakieś hobby?
- Bardzo interesuję się sportem. Co
na nawet swoje odzwierciedlenie w ofercie Asprodu. Można kupić u
nas pod logo Pogoni Szczecin, wspomniany już, chleb sportowców.
Część zysku z jego sprzedaży trafia do klubu. Poza tym
patronujemy wielu wydarzeniom sportowym. Sam kiedyś uprawiałem
sport. Byłem koszykarzem Wiktorii Wrześni i Olimpii Poznań.
Zamiłowanie do kosza zostało do dziś. Co czwartek już od 20 lat
gram z przyjaciółmi w koszykówkę. Bardzo lubię też narty. I
staram się korzystać z każdej możliwości wyjazdu na stoki.
Współpracujemy z Teatrem Polskim w
Szczecinie. Teatr Polski pod kierownictwem Adama Opatowicza co rusz
zaskakuje ciekawymi spektaklami. Ostatni byłem na premierze sztuki o
Szczecinie - “Którędy do morza”. Nie podzielam recenzji
krytycznych tego spektaklu, z tego względu, że najtrudniej jest
mówić o sobie i o środowisku, w którym się żyje. Moim zdaniem,
artystyczne spojrzenie na współczesny Szczecin było bardzo
ciekawe. Sztuka była też dobrze zagrana i miała swoje przesłanie.
Czy ktoś z pana rodziny pracuje w
firmie?
- Nie, ani żona, ani żadna z dwóch
córek nie pracuje w Asprodzie. Jedna z córek jest architektem,
prowadzi z mężem biuro architektoniczne w Szczecinie. Założyli je
pięć lat temu, jako świeżo upieczeni absolwenci Politechniki
Szczecińskiej. Druga córka, niestety, wyemigrowała wraz z mężem
do Warszawy. Wcześniej ukończyła kierunek życie publiczne na
Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i dziś pracuje w
zawodzie. Pochwalę się, że mam już troje wnucząt.
Dziękujemy za rozmowę.
W dwa ognie zagrali Włodzimierz
Abkowicz i Magdalena Szczepkowska
Fot. Michał Abkowicz
|